Kolejny wpis o salsie miałem już w zasadzie ochotę popełnić po sobotniej imprezie u nas w domu, na której jako jeden z dwóch mężczyzn tańczących salsę (do tego ten bardziej doświadczony, o dziwo :D ) miałem przyjemność zatańczyć z większością obecnych na imprezie dziewczyn (z niektórymi po raz pierwszy, ale mam nadzieję nie ostatni Magdo!). Doświadczenie to mogę określić tylko jednym słowem – boskie :)

Jak zapewne domyślacie się po takim wstępie, moja miłość do salsy nie dość, że nie przygasa, to wręcz rozkwita na dobre. Na parkiecie czuję się coraz lepiej, wreszcie przechodzi mi strach przed proszeniem do tańca nieznanych mi kobiet – generalnie i lekką dozą kryptoreklamy – I’m lovin’ it!

Ponieważ również dziś wybieramy się silną ekipą na salsotekę (do klubu Euforia na pasażu Wiecha), postanowiłem podzielić się z Wami kilkoma utworami salsowymi, które ostatnio chodzą mi po głowie. Have fun i do zobaczenia na parkiecie :)

DLG – Quiero Decirte Que Te Amo – mój absolutny (i nie tylko mój, prawda Basiu?) ulubieniec. Genialny utwór. I dobry do tańczenia :)

Massimo Scalici – You (salsa remix) – znany utwór zremiksowany na salsę. Dzięki niemu udało mi się przekonać do salsy moją koleżankę z pracy. Ale nie tylko dlatego go lubię.

Justin Timberlake – What Goes Around (Salsa Remix) – skoro już przy coverach jesteśmy, coś co znalazłem ostatnio :)

Pamiętam (ledwo, ale w moim wieku to coraz powszechniejsze podobno :D ), gdy dowiedziałem się, że Robbie Williams nagrywa płytę jazzową, która ma być hołdem oddanym Frankowi Sinatrze. Najpierw byłem zaciekawiony, ale po krótkiej refleksji stwierdziłem, że to się nie może udać i zapomniałem o całej sprawie. W końcu, czy możliwe jest, aby muzyk popowy był w stanie tak diametralnie zmienić swój styl i do tego podołać wyzwaniu, jakim niewątpliwie jest repertuar jazzowo-bigbandowo-sinatrowy? Nieeeeeee… To zdecydowanie nie mogło się udać.

(więcej…)

Przez niemal 25 lata mojego życia udało mi się zgromadzić całkiem pokaźną kolekcję płyt CD. Smutna prawda jest jednak taka, że ostatnimi czasy przerzuciłem się na muzykę w wersji elektronicznej. Discman przegrał z odtwarzaczem MP3. Moje płyty stały na półce i zbierały kurz. Ostatnio jednak coś mnie tknęło i postanowiłem swoje ulubione albumy, których dawno nie słuchałem, zdigitalizować i wrócić do nich, aby sprawdzić, czy “stara miłość nie rdzewieje”, a przy okazji sprawdzić, czy nie znajdę jakiejś ciekawej muzyki do “Masztalerza”. I wiecie co? Nie przerzuciłem jeszcze połowy moich zbiorów a już wiem, że był jeden z moich lepszych pomysłów :)

Płyta “All This Time” Stinga (jedna z pierwszych odkopanych :D ) to album niezwykły. Nie tylko dlatego, że zawiera nietypowe aranżacje największych przebojów artysty, ale przede wszystkim dlatego, że została nagrana 11.09.2001 roku. Wszyscy muzycy biorący udział w koncercie, który miał miejsce w Il Palagio we Włoszech, wiedzieli o zamachu na WTC. Sting nawet zastanawiał się nad odwołaniem imprezy, ale wszyscy jego muzycy postanowili zagrać pomimo tragicznych wydarzeń w Nowym Jorku i koncert się odbył. Został on zadedykowany ofiarom ataku.

Już w pierwotnym zamyśle utwory przygotowane na ta płytę były zaaranżowane na nowo, w dużo spokojniejszym stylu. Bliżej temu albumowi miało być do płyt “Unplugged” niż do klasycznych koncertówek.  Sam Sting przyznał jednak, że w związku z wydarzeniami w USA klimat wieczoru znacząco różnił się od pierwotnych zamierzeń. Był bardziej nostalgiczny, smutniejszy. Słychać to bardzo dobrze we wszystkich utworach. Dla mnie ten album jest idealny na jesień. Ale raczej, żeby się zadumać i wyciszyć niż aby poprawić sobie humor.

Szczególnie z tego albumu polecam cztery utwory: “Roxanne” (świetna wersja), “Mad About You” (jeden z moich ulubionych utworów Stinga), “Moon Over Bourbon Street” i “Fields of Gold”.

Jeżeli tak jak lubicie Stinga, ta płyta na pewno Was nie zawiedzie!

A na koniec jeszcze jedna ciekawostka – Sting grający na lirze w jednym z odcinków “Studio 60 on the Sunset Strip” (bardzo fajnego serialu, który jednak nie cieszył się ogromna popularnością i został zdjęty):

Jak już kiedyś pisałem w wolnych chwilach jestem członkiem Teatru Kontrapunkt. Działam w nim od prawie 10 lat i na razie nie zapowiada się, żebym miał przestać. Mało tego, od czerwca poza aktorstwem zajmuję się również reżyserią. Można więc rzecz, że wciągam się w teatr coraz bardziej (o ile to jeszcze w ogóle bardziej możliwe :D ). Sztuka nad którą pracujemy nosi tytuł “Masztalerz”.

Muszę Wam powiedzieć, że reżyseria to nie jest łatwe zadanie. Podobnie jak z aktorstwem może się wydawać, że to nic trudnego. Trzeba powiedzieć aktorom gdzie mają stać i co robić i “z czapki”. A właśnie, że nie! Po pierwsze trzeba wiedzieć, gdzie Ci aktorzy mają stać i co robić. W każdej sekundzie spektaklu! Po drugie aktorzy muszą się dobrze czuć w tych sytuacjach, ponieważ to od nich zależy ich interpretacja i wykorzystanie. To nie reżyser gra (chyba, że sam sie obsadzi we własnej sztuce :D Ja tak zrobiłem, hehe), tylko aktorzy. Jeżeli oni nie czują się dobrze, nawet najlepszy reżyser polegnie.

Bardzo ważnym składnikiem każdego spektaklu teatralnego (filmu również) jest muzyka. Buduje klimat, podkreśla niektóre fragmenty dialogu. Dlatego już na początku prac na “Masztalerzem” zaczęłem przeczesywać swoją bibliotekę muzyczną w poszukiwaniu odpowiednich utworów. W tej chwile jesteśmy w połowie pracy nad spektaklem (choc najtrudniejsze przed nami), a ja ciągle szukam. Tak trudne jest to zadanie. Mam już kilka pomysłów, wiem, że soundtrack “Masztalerza” będzie się kręcił wokół klimatów jazzowo-instrumentalnych, ale żadnych pewniaków jeszcze nie ma.

Jednym z ciekawszych albumów, który wpadł mi w ręcę podczas poszukiwań jest “East Meets East” Nigela Kennedy’ego, który nagrał wraz z krakowskim zespołem grającym muzykę klezmerską – Kroke. Jest to o tyle zabawne, że w “Pragmatystach”, naszej poprzedniej sztuce, również wykorzystaliśmy jego muzykę. Wtedy byli to “Jeźdźcy Burzy”, czyli cover zespołu The Doors, tym razem stawiam na autorskie kompozycję mieszkającego w Polsce wirtuoza skrzypiec.

“East Meets East” to album, jak bardzo trafnie wskazuje na to jego nazwa, bardzo zakorzeniony we wschodnioeuropejskiej tradycji i kulturze. W szerokim tego słowa znaczeniu. Słuchając tej płyty można odnieść wrażenie, że celem skrzypka było uchwycenie tego specyficznego dla Krakowa nastroju “cesarsko-królewskiego” kotła, w którym obok siebie występowały motywy żydowskie, węgierskie czy polskie. Musze przyznać, że bardzo mi taki nastrój odpowiada.

Szczególnie zaś do gustu przypadły mi dwa utwory i to właśnie o nich myślę pod kątem “Masztalerza”.

Oto one:

“Lullaby for Kamila”

“T 4.2″

Oba bardzo spokojne, oba bardzo nastrojowe. Na razie słucham ich przynajmniej raz dziennie i ciągle nie mogę się zdecydować, które bardziej pasuje do pełnej napięcia sceny miłosnej między głównymi bohaterami. Jeżeli macie swój typ, zachęcam, żebyście się podzielili. A w międzyczasie posłuchajcie całej płyty Nigela. Naprawdę warto!

Jeżeli śledzicie mojego bloga od jakiegoś czasu, na pewno pamiętacie jak zachwycałem się tym, że zacząłem tańczyć. Po krótkim romansie z jazzem i hip-hopem (do których na pewno wrócę) pod koniec czerwca odkryłem (razem z żoną) moją na razie największa miłość taneczną – salsę. Każdy kto kiedykolwiek spróbował salsy na pewno rozumiem co mam na myśli. “Easy to learn, hard to master” – tak w najprostszy sposób można podsumować ten taniec. Już po pierwszych zajęciach można iść na salsotekę, ale żeby naprawdę wymiatać potrzeba lat ćwiczeń. Razem z moją drugą połową na razie ciągle się uczymy, ale z radością muszę przyznać, że nasz taniec zaczyna wreszcie coś rozsądnego przypominać.

Poza niewątpliwym moim zdaniem pięknem samego tańca (konkretnie tańczących, a jeszcze dokładniej tancerek :D ) bardzo istotną rolę w salsie odgrywa muzyka. Idealna na imprezę. Żywa, energiczna, z bardzo rygorystycznym rytmem, który w ryzach trzymają instrumenty zwane clave. Jako miłośnik muzyki wszelakiej, równie ochoczo co do nauki tańca zabrałem się za uzupełnianie mojej biblioteki muzycznej o salsowe rytmy. Tak właśnie wpadłem na płytę “Rhythms Del Mundo”.

Jest to album, stworzony przez kubańskich muzyków współtworzących lub współpracujących z Buena Vista Social Club. Aż dziw więc, że ten akurat album przeszedł jakoś bez echa! “Rhythms Del Mundo” to krążek zawierający covery znanych utworów takich artystów jak Coldplay, U2 czy Maroon 5, ale również nowe aranżacje klasyków, jak chociażby “As Times Goes By” czy “Killing Me Softly”. Mieszanka dośc nietypowa, a jednak doskonale zestawiona. Najlepsza rekomendacją niech będzie fakt, że kilku utworów z niej słucham codziennie. Na czele z genialnym “I Still Haven’t Found What I am Looking For”:

W życiu bym nie przypuszczał, że ktoś może w tak genialny sposób przerobić jeden z moich ukochanych utworów. Niesamowita dawka pozytywnej energii, prawda? Nogi same rwą się do tańca :) Drugim ciekawym i świetnym przykładem tego, do czego zdolni sa muzycy Buena Vista Social Club jest cover piosenki “Clocks” zespołu Coldplay:

Ten utwór akurat trochę mi się przejadł – jest jednym z ulubionych “training tracków” naszych instruktorów salsy. Co nie zmienia faktu, że zaaranżowany jest genialnie.

Również z klasykami muzyki na płycie “Rhythms Del Mundo” muzycy obeszli się z klasą i należytym szacunkiem. “As Time Goes By” w wykonaniu Ibrahima Ferrera robi ogromne wrażenie.

Polecam tą płytę równie gorąco co polecam wszystkim, którzy jeszcze nie próbowali, naukę salsy. To świetna zabawa we wspaniałej atmosferze!

Do zobaczenia na parkiecie! Choćby dziś w klubie Skafander na Miodowej :)

Słowo się rzekło, pisać trza :) Zanim przejdę do meritum, muszę Wam powiedzieć, że cieszę się, że znowu się zabrałem do pisania. Zwłaszcza, że mam tak wiernych i wybaczających czytelników, którzy gnębili mnie, żebym znów zaczął blogować.

Dziś, korzystając z tego, że z oknem ostatnie podrygi lata, piosenka o słońcu. I to nie byle jaka piosenka! Panie i Panowie, po raz pierwszy na łamach Dźwięków Muzyki – John, Paul, George i Ringo, czyli The Beatles!

(szaleństwo na widowni)

Są takie utwory, których człowiek słucha i od razu tzw. banan pojawia mu się na twarzy. Dla mnie jednym z nich jest właśnie “Here Comes the Sun” z płyty “Abbey Road”. Jest to też świetny utwór do słuchania w drodze do pracy w tak ładny, choć rześki poranek jak dzisiejszy. Ze stacji metra Dworzec Gdański do pracy mam jakieś 5 minut na piechotę. Ponieważ w metrze zwykle czytam, a nie skupiam się na muzyce, po wyjściu z niego zawsze przeczesuję swój odtwarzacz w poszukiwaniu utworu do posłuchania podcza spaceru do pracy. Dziś padło właśnie na Beatlesów.

Ostatnio znowu wrócili oni do łask. Dzięki The Beatles Rock Band każdy, w domowym zaciszu, może poczuć się jak członek kwartetu z Liverpoolu. Jako wielki fan gier muzycznych (karaoke na imprezach rządzi, kto nie próbował polecam!), zamierzam kiedyś wyposażyć się i w Rock Band, jeżeli fundusze na to pozwolą.

Bardzo się cieszę, że o Beatlesach znów stało się głośno. O ile bowiem Stonesi (z racji tego, że wciąż istnieją) nie tracili popularności, o tyle Beatlesi jakby nieco przycichli. Byłaby to wielka szkoda dla muzyki, gdyby kolejne pokolenia nie były obeznane z ich muzyką. Ja miałem łatwiej – jako, że moja rodzicielka w młodości kochała się w Paulu McCartney’u, już od dziecka byłem oswajany z muzyką The Beatles. Jedną z pierwszych ich płyt, która usłyszałem była właśnie “Abbey Road”. Płyta wspaniała! Zawierająca nie tylko “Here Comes the Sun” (które od razu przypadło mi do gustu, ale również “Come Together” (utwór, którzy lubię tak bardzo, że jego fragment wykorzystałem go w filmie korporacyjnym :D ) czy “Octopus’s Garden” – najpopularniejsza kołysankę w Wielkiej Brytanii. Na tym albumie chłopaki odeszli od konwencji, cóż, bigbeatowego boysbandu i pokazali, że są muzykami z krwi i kości. Jeżeli z jakiegoś powodu nie znacie “Abbey Road” – nadróbcie zaległości!

Na koniec “Here Comes the Sun” w wersji z Rock Band – musze przyznać, że jestem nią zachwycony:

Witajcie,

Dziękuję za wszystkie słowa motywacji do dalszego pisania! Wypadłem z rytmu – przyznaje. Ale zabieram się do roboty. Już niebawem na Dźwiękach Muzyki znów poczytacie o moich muzycznych fascynacjach :)

do przeczytania!

Kuba

Parafrazując “Warszawę” T.Love’u: “za oknem zimowo zaczyna się piątek”. Pogoda nie nastraja optymistycznie, choć fakt, że weekend przede mną jakoś trzyma mnie na duchu. W takich chwilach człowiek ma ochotę usiąść w miękkim, głebokim fotelu z winem/herbatą i posłuchać czegoś nastrojowego. Najlepiej śpiewanego na żywo przez jakiś ciepły, kobiecy głos. Sądzę, że się ze mną zgodzicie, dlatego dziś przedstawiam Wam pięć najpiekniejszych moim zdaniem kobiecych głosów, nie tylko na tak wredną pogodę, jak dziś. (więcej…)

Dziś będzie nieco depresyjnie. Ale nie dlatego, że mam doła, czy coś w tym stylu – nic z tych rzeczy. Pogoda dopisuje, czuję się dobrze i jestem generalnie zadowolony z życia. Dlaczego więc piszę o “Black Hole Sun”? Wszystko przez moją żonę :) Poprosiła mnie wczoraj, żebym póścił jej ten utwór i siedzi mi w głowie od tamtego czasu… (więcej…)

Swoje muzyczne poszukiwania prowadzę nieustannie. Ciagle staram się znajdować nowych, ciekawych i nieznanych wykonawców. Jednym z moich ostatnich odkryć jest właśnie Kina Grannis.

Wpadłem na nią robiąc reserach do postu o kołysankach. Pisałem w nim o jednym z moich ulubionych japońskich utworów -“Ue wo muite arukou”, znanym również jako “Sukiyaki song”. Przekopałem YouTube w poszukiwaniu różnych wersji tego utworu i w pewnym momencie trafiłem na:

(więcej…)

Następna strona »