Kiedy zastanawiałem się dziś, który z chodzących mi po głowie tematów na wpis wykorzystać, wpadł mi w ręce reportaż umieszczony na portalu gazeta.pl, a pochodzący z (o dziwo!) Poradnika Domowego. Jego tematem byli hipisi. Autor zakończył swój tekst pytając o hipisów „(…) dziewczynę z ukośną grzywką opadającą na czoło, ubraną w czarne spodnie rurki, bluzeczkę z bajkowym obrazkiem, kolorowe trampki. Ma na czarno pomalowane paznokcie i mocno podkreślone kredką smutne oczy.” Oto co powiedziała:

- Ja należę do pokolenia emo. My się nie buntujemy tak jak hipisi. My jesteśmy romantycznymi wrażliwcami. Może jedynie walczymy o prawo do okazywania uczuć, o czystość Ziemi, jesteśmy ekologiczni. Emo wywodzi się od słowa „emotional”. Emocje, przeżywanie, na tym się skupiamy. Jestem wegetarianką, stronię od papierosów i alkoholu. Uwielbiam poezje Shelleya i Keatsa. Moje idolki to Avril Lavigne i Tola Szlagowska. A hipisi, kiedyś byli w porzo, ale dziś te ich indyjskie szmaty, ta wolna miłość… są passe.

Nie jest moim celem wnikliwe ocenianie na łamach tego bloga kultury „imoł”, choć nie ukrywam, że trochę mnie ona bawi. Ale to pewnie przez mój wrodzony optymizm. :) Tak czy inaczej, cytowana powyżej wypowiedź wywołała u mnie jakieś takie „wewnętrzne fuj”. Hipisi wcale nie są passe! A już na pewno nie ich muzyka! I tak oto, po nieco pokrętnym procesie myślowym, w mojej głowie zabrzmiały znajome dźwięki piosenki „Aquarius”. Zabrałem się do pisania.

Jeżeli nie widzieliście dotąd filmu Milosa Formana – zróbcie to. Moim zdaniem to jeden z najlepszych musicali filmowych jaki kiedykolwiek powstał. Prosty, wciągający scenariusz opowiadajacy o grupie hipisów starających się żyć w zgodzie ze swoimi ideałami w społeczeństwie, które ich nie rozumie. A do tego końcówka – nie będę zdradzał jaka, ale muszę przyznać, że zawsze na niej ryczę, jak bóbr.

Bez dwóch zdań „Hair” nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia, gdyby nie jego ścieżka dźwiękowa. I tu drobna uwaga – mój drogi ojciec, który jak już wspominałem wpłynął na mój gust muzyczny nigdy nie ukrywał, że blisko mu było do ich ideologii hipisów. Stąd jego miłość do Janis Joplin i Jimmiego Hendrixa i nnych muzyków z tego okresu. Jeżeli i Wy ich lubicie – soundtrack z „Hair” was zachwyci. Autor muzyki Galt MacDermont (który nota bene nie zapisał się w historii muzyki filmowej) bardzo dobrze uchwycił „ducha” muzyki dzieci kwiatów. Do tego teksty, które naprawdę zmuszają do refleksji. Jest to jeden z niewielu soundtracków na którym nie ma słabego utworu. „Hair”, „I got life” czy „Let the sunshine in” to moi zdecydowani faworyci, ale kazdy znajdzie coś dla siebie i wszystkie piosenki mogę polecić w ciemno.

Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem zwolennikiem emo, ale też nie zamierzam ich potępiać. Każdy może być taki, jak chce. O ironio – dokładnie o to walczyli hipisi tacy, jak bohaterowie „Hair”. Ale powiem Wam jedno – sto razy bardziej od Toli Szlagowskiej wolę posłuchać

Czego i Wam życzę :)

About these ads