Jestem gadżeciażem, przyzna to każdy, kto zna mnie choć trochę. Zawsze lubiłem wszelkie nowinki techniczne i gdy tylko miałem okazję starałem się z nimi zapoznawać, a najlepiej stawać się ich posiadaczem. Nie inaczej było w przypadku Iphone’a. Nie obawiajcie się jednak – nie poświęcę tego wpisu udowadnianiu, że dziecko Steve’a Jobsa jest najlepszym telefonem na świecie. Nie jest. Nie zmienia to jednak faktu, że mnie pasuje, a do tego ma kilka bardzo przydatnych aplikacji. Jedną z nich jest Soundhound (dawniej Midomi).

Ile razy zdarzało się Wam, że byliście w sklepie/jechaliście samochodem i usłyszeliście jakiś fajny utwór? Tylko co to jest? I kto to śpiewa? Sporo fajnej muzyki umyka nam bardzo często dlatego, że nie jesteśmy w stanie ustalić, kto ją wykonuje. W takich sytuacjach przychodzi z pomocą Soundhound. Wystarczy włączyć program, skierować telefon w stronę źródła dźwięku i voila! Aplikacja nagrywa próbkę, porównuje ją z bazą danych i podaję wszystkie informacje o danym utworze i jego wykonawcy. Oczywiście im lepsza jakość nagrania tym dokładniejsze wyszukiwanie. Twórcy chwalą się co prawda, że program jest w stanie rozpoznać nawet nucenie, ale jest to bardziej „hłyt maketintody” niż prawda.

Po tym wstępie o zabarwieniu lekko dygresyjnym, pozwólcie, że przejdę do sedna. W zeszły weekend, razem ze swoim teatrem, występowałem na imprezie o nazwie „Ogród Sztuk”. Prezentowali się na niej rozmaici artyści i szkoły artystyczne. Odbywały się koncerty, przedstawienia i pokazy mody. Podczas jednego z tych ostatnich, usłyszałem utwór, który bardzo przypadł mi do gustu, a którego w ogóle nie znałem. Niewiele myśląc wyjąłem więc telefon i… tak dowiedziałem się o istnieniu Bonobo. Po 5 sekundach wiedziałem już, że kompozycja nazywa się „Animals” i pochodzi z albumu „Black Sands”.

Utwór ten całkowicie mnie zafascynował. Choć od wczoraj jestem szczęśliwym posiadaczem całego albumu, na razie słucham głównie jego. Bonobo udało się uzyskać idealną mieszankę dźwięków. Perkusja, bas i ten saksofon, zwłaszcza partie z przedmuchem. Poezja! Całości można słuchać w kółko i to zarówno jako nieinwazyjne tło, jak i skupiając się na każdym dźwięku. Tą drugą metodę (zwłaszcza na słuchawkach) – szczerze polecam. Dopiero wtedy w pełni można docenić kunszt twórcy i jego własny styl. Charakterystyczną cechą kompozycji Bonobo jest dodawanie poszczególnych elementów melodii i instrumentów sekwencyjnie. Ten zabieg, bardzo częsty w granym na żywo bluesie i jazzie powoduje, że utwór zagęszcza się, rozwija się przed słuchaczem. Bardzo mi to odpowiada.

Polecam Wam cały album „Black Sands”. Ma niesamowity, spójny klimat. Taki lekko melancholijny, bardzo jazzowy. Świetnie wypadają również występujący gościnnie wokaliści. Jeżeli szukacie czegoś nowego – spróbujcie. Coś mi się wydaję, że nie będzie żałować 🙂

Reklamy

Premiera „Masztalerza” okazała się sukcesem. Nieskromnie i szczerze przyznam – większym niż się spodziewałem. Zbieramy pozytywne recenzje od widzów, ekipa jest zadowolona – żyć nie umierać!

Gdy pisałem o muzyce do spektaklu, wspomniałem, że przejrzałem bardzo dużo, bardzo różnej muzyki. Siłą rzeczy, wiele świetnych utworów musiałem odrzucić. Miałem ograniczone zapotrzebowanie na muzykę i więcej po prostu nie byłem w stanie zmieścić w dwugodzinnym przedstawieniu. Jeżeli miałbym jednak wskazać jeden utwór, który nie zmieścił się na soundtracku, a którego żałuję, byłaby to właśnie kompozycja „Gun” Emilíany Torrini.

(więcej…)

Oj minęło trochę czasu, minęło. Nawał obowiązków zarówno zawodowych,  jak i poza zawodowych, spowodował, że ponownie wypadłem z rytmu pisania. Ale ponieważ już w ten weekend odbędzie się premiera „Masztalerza” – sztuki w mojej reżyserii o której pisałem wcześniej, powinienem mieć znowu nieco więcej czasu 🙂

A właśnie – „Masztalerz”. Przede wszystkim zapraszam serdecznie wszystkich czytelników „Dźwięków muzyki”! Gramy w najbliższą sobotę, niedzielę i poniedziałek (16, 17, 18.01) o godz. 19:00 w Natolińskim Ośrodku Kultury (mapa dojazdu). Wstęp wolny!

Po drugie, ponieważ nadal jest to blog o muzyce, chciałbym opowiedzieć Wam nieco o muzyce, którą wybrałem do spektaklu. Część sam, część z pomocą VooDoo Economista i innych osób grających w przedstawieniu. Taki mały muzyczny „sneak preview” tego, co będziecie mogli usłyszeć, jeżeli odwiedzicie NOK w ten weekend. Kolejność zgodna ze scenariuszem dźwięku.

(więcej…)

Kolejny wpis o salsie miałem już w zasadzie ochotę popełnić po sobotniej imprezie u nas w domu, na której jako jeden z dwóch mężczyzn tańczących salsę (do tego ten bardziej doświadczony, o dziwo :D) miałem przyjemność zatańczyć z większością obecnych na imprezie dziewczyn (z niektórymi po raz pierwszy, ale mam nadzieję nie ostatni Magdo!). Doświadczenie to mogę określić tylko jednym słowem – boskie 🙂

Jak zapewne domyślacie się po takim wstępie, moja miłość do salsy nie dość, że nie przygasa, to wręcz rozkwita na dobre. Na parkiecie czuję się coraz lepiej, wreszcie przechodzi mi strach przed proszeniem do tańca nieznanych mi kobiet – generalnie i lekką dozą kryptoreklamy – I’m lovin’ it!

Ponieważ również dziś wybieramy się silną ekipą na salsotekę (do klubu Euforia na pasażu Wiecha), postanowiłem podzielić się z Wami kilkoma utworami salsowymi, które ostatnio chodzą mi po głowie. Have fun i do zobaczenia na parkiecie 🙂

DLG – Quiero Decirte Que Te Amo – mój absolutny (i nie tylko mój, prawda Basiu?) ulubieniec. Genialny utwór. I dobry do tańczenia 🙂

Massimo Scalici – You (salsa remix) – znany utwór zremiksowany na salsę. Dzięki niemu udało mi się przekonać do salsy moją koleżankę z pracy. Ale nie tylko dlatego go lubię.

Justin Timberlake – What Goes Around (Salsa Remix) – skoro już przy coverach jesteśmy, coś co znalazłem ostatnio 🙂

Pamiętam (ledwo, ale w moim wieku to coraz powszechniejsze podobno :D), gdy dowiedziałem się, że Robbie Williams nagrywa płytę jazzową, która ma być hołdem oddanym Frankowi Sinatrze. Najpierw byłem zaciekawiony, ale po krótkiej refleksji stwierdziłem, że to się nie może udać i zapomniałem o całej sprawie. W końcu, czy możliwe jest, aby muzyk popowy był w stanie tak diametralnie zmienić swój styl i do tego podołać wyzwaniu, jakim niewątpliwie jest repertuar jazzowo-bigbandowo-sinatrowy? Nieeeeeee… To zdecydowanie nie mogło się udać.

(więcej…)

Przez niemal 25 lata mojego życia udało mi się zgromadzić całkiem pokaźną kolekcję płyt CD. Smutna prawda jest jednak taka, że ostatnimi czasy przerzuciłem się na muzykę w wersji elektronicznej. Discman przegrał z odtwarzaczem MP3. Moje płyty stały na półce i zbierały kurz. Ostatnio jednak coś mnie tknęło i postanowiłem swoje ulubione albumy, których dawno nie słuchałem, zdigitalizować i wrócić do nich, aby sprawdzić, czy „stara miłość nie rdzewieje”, a przy okazji sprawdzić, czy nie znajdę jakiejś ciekawej muzyki do „Masztalerza”. I wiecie co? Nie przerzuciłem jeszcze połowy moich zbiorów a już wiem, że był jeden z moich lepszych pomysłów 🙂

Płyta „All This Time” Stinga (jedna z pierwszych odkopanych :D) to album niezwykły. Nie tylko dlatego, że zawiera nietypowe aranżacje największych przebojów artysty, ale przede wszystkim dlatego, że została nagrana 11.09.2001 roku. Wszyscy muzycy biorący udział w koncercie, który miał miejsce w Il Palagio we Włoszech, wiedzieli o zamachu na WTC. Sting nawet zastanawiał się nad odwołaniem imprezy, ale wszyscy jego muzycy postanowili zagrać pomimo tragicznych wydarzeń w Nowym Jorku i koncert się odbył. Został on zadedykowany ofiarom ataku.

Już w pierwotnym zamyśle utwory przygotowane na ta płytę były zaaranżowane na nowo, w dużo spokojniejszym stylu. Bliżej temu albumowi miało być do płyt „Unplugged” niż do klasycznych koncertówek.  Sam Sting przyznał jednak, że w związku z wydarzeniami w USA klimat wieczoru znacząco różnił się od pierwotnych zamierzeń. Był bardziej nostalgiczny, smutniejszy. Słychać to bardzo dobrze we wszystkich utworach. Dla mnie ten album jest idealny na jesień. Ale raczej, żeby się zadumać i wyciszyć niż aby poprawić sobie humor.

Szczególnie z tego albumu polecam cztery utwory: „Roxanne” (świetna wersja), „Mad About You” (jeden z moich ulubionych utworów Stinga), „Moon Over Bourbon Street” i „Fields of Gold”.

Jeżeli tak jak lubicie Stinga, ta płyta na pewno Was nie zawiedzie!

A na koniec jeszcze jedna ciekawostka – Sting grający na lirze w jednym z odcinków „Studio 60 on the Sunset Strip” (bardzo fajnego serialu, który jednak nie cieszył się ogromna popularnością i został zdjęty):

Jak już kiedyś pisałem w wolnych chwilach jestem członkiem Teatru Kontrapunkt. Działam w nim od prawie 10 lat i na razie nie zapowiada się, żebym miał przestać. Mało tego, od czerwca poza aktorstwem zajmuję się również reżyserią. Można więc rzecz, że wciągam się w teatr coraz bardziej (o ile to jeszcze w ogóle bardziej możliwe :D). Sztuka nad którą pracujemy nosi tytuł „Masztalerz”.

Muszę Wam powiedzieć, że reżyseria to nie jest łatwe zadanie. Podobnie jak z aktorstwem może się wydawać, że to nic trudnego. Trzeba powiedzieć aktorom gdzie mają stać i co robić i „z czapki”. A właśnie, że nie! Po pierwsze trzeba wiedzieć, gdzie Ci aktorzy mają stać i co robić. W każdej sekundzie spektaklu! Po drugie aktorzy muszą się dobrze czuć w tych sytuacjach, ponieważ to od nich zależy ich interpretacja i wykorzystanie. To nie reżyser gra (chyba, że sam sie obsadzi we własnej sztuce 😀 Ja tak zrobiłem, hehe), tylko aktorzy. Jeżeli oni nie czują się dobrze, nawet najlepszy reżyser polegnie.

Bardzo ważnym składnikiem każdego spektaklu teatralnego (filmu również) jest muzyka. Buduje klimat, podkreśla niektóre fragmenty dialogu. Dlatego już na początku prac na „Masztalerzem” zaczęłem przeczesywać swoją bibliotekę muzyczną w poszukiwaniu odpowiednich utworów. W tej chwile jesteśmy w połowie pracy nad spektaklem (choc najtrudniejsze przed nami), a ja ciągle szukam. Tak trudne jest to zadanie. Mam już kilka pomysłów, wiem, że soundtrack „Masztalerza” będzie się kręcił wokół klimatów jazzowo-instrumentalnych, ale żadnych pewniaków jeszcze nie ma.

Jednym z ciekawszych albumów, który wpadł mi w ręcę podczas poszukiwań jest „East Meets East” Nigela Kennedy’ego, który nagrał wraz z krakowskim zespołem grającym muzykę klezmerską – Kroke. Jest to o tyle zabawne, że w „Pragmatystach”, naszej poprzedniej sztuce, również wykorzystaliśmy jego muzykę. Wtedy byli to „Jeźdźcy Burzy”, czyli cover zespołu The Doors, tym razem stawiam na autorskie kompozycję mieszkającego w Polsce wirtuoza skrzypiec.

„East Meets East” to album, jak bardzo trafnie wskazuje na to jego nazwa, bardzo zakorzeniony we wschodnioeuropejskiej tradycji i kulturze. W szerokim tego słowa znaczeniu. Słuchając tej płyty można odnieść wrażenie, że celem skrzypka było uchwycenie tego specyficznego dla Krakowa nastroju „cesarsko-królewskiego” kotła, w którym obok siebie występowały motywy żydowskie, węgierskie czy polskie. Musze przyznać, że bardzo mi taki nastrój odpowiada.

Szczególnie zaś do gustu przypadły mi dwa utwory i to właśnie o nich myślę pod kątem „Masztalerza”.

Oto one:

„Lullaby for Kamila”

„T 4.2”

Oba bardzo spokojne, oba bardzo nastrojowe. Na razie słucham ich przynajmniej raz dziennie i ciągle nie mogę się zdecydować, które bardziej pasuje do pełnej napięcia sceny miłosnej między głównymi bohaterami. Jeżeli macie swój typ, zachęcam, żebyście się podzielili. A w międzyczasie posłuchajcie całej płyty Nigela. Naprawdę warto!